Zgrabnie ujęta animacja, nowe projekty, stare serie, ciekawe techniki.
czwartek, 23 kwietnia 2009
Go, go! Dragon Rangers!

dragon

'-It's Morphing Time!

-Right!'

Film 'Dragon Ball Evolution' miał swoją premiere 17 kwietnia. Tego również dnia na ekrany kin zawitała inna, powalająca produkcja, a minowicie 'Hannah Montana'. Być może był to dzień w którym upadło kino, może był to dzień w którym spełniły się marzenia wielu 7-letnich dziewczynek, ale dla mnie był to dzień w którym, ogladając aktorskiego 'Dragon Balla', przypomniałam sobie popularny serial 'Mighty Morphin Power Rangers':

 

Skąd takie skojarzenia? Otóż 'Dragon Ball Evolution' to nic innego jak kinowa wersja rangersów z troche lepszymi efektami specjalnymi (poziom Mortal Combat). Fabuła jest prosta do bólu i nielogiczna a jej rozwój przyśpieszony i porwany. Raz jestesmy w typowej szkole z Beverly Hills, potem w futyrystycznym miescie, następnie okazuje się ze trzeba przebiec przez pustynie z 50 kilowym plecakiem,  wpadamy do wielkiej dziury, siedzimy tam 5 godzin choc umiemy z niej wyskoczyć, szybko jedziemy do pseudo tybetańskiej świątyni z murzynem z białymi rzęsami jako głównym mędrcem, po drodze zahaczamy o jakies miejsce treningowe (40 sekund), coś sie dzieje a główny zły schodzi z wielkiego statku i trzeba go pokonac. Ot i cały film.

W międzyczasie główny bohater - Goku - co 5 minut słyszy ze musi uwierzyc w siebie, znaleźć własną drogę i słuchać głosu serca. Niestety niepewnemu nastolatkowi słabo przychodzi przyswajanie tresci słuchanych, ledwo rozumie co sie do niego mówi. Reszta jego kompanii również nie należy do najbystrzejszych. Bulma, śliczna pani inżynier ma 'magistra' z broni palnej ale nie potrafi wydedukować, że jeśli bedzie strzelać na oślep przez 3 minuty to szybko skończą sie jej naboje (nispodzianka!). Mistrz Roshi (czyli nasz Żółwi Pustelnik), jest potężny, lecz z niewiadomych przyczyn musi wytrenować Goku żeby pokonał głównego złego (Piccolo). Yamcha to dowcip sam w sobie, w czasach kiedy ludzie budują kilometrowe wieżowce, ten kopie dziury w ziemi i czeka aż ktoś w nie wpadnie.

Złe postacie to Piccolo i Mai, zbierają 'Dragon Balle' (w naszym tłumaczeniu nie ma 'smoczych kul', są 'dragon balle') , nikt nie wie skąd sie wzieli i czego chcą. Wszystkie najważniejsze fakty z fabuły są tylko przedstawione, ale nie wytłumaczone. Goku po prostu MUSI pokonać Piccolo, a ten CHCE zniszczyć świat, koniec kropka. Prawdopodobnie nawet 'Power Rangers' w czasach swojej świetności przezentowało lepszy poziom intrygi niż 'Dragon ball Evolution'.

Filmu nie ratują sceny akcji. Są dziwne i chotyczne, końcowa walka Goku - Piccolo trwa może 50 sekund i ogranicza sie do wrzeszczenia ('Kaaa-Meee...'). Inni w tym czasie biegaja po jaskiniach i wystrzeliwują naboje w ściany. O dziwo, podczas podróży do świątyni, drużyna napotyka na swojej drodze Kitowców (mięso armatnie z 'Mighty Morphin Power Rangers'). Nie mają co prawda tarczy celowniczej na piersi, ale kompania jakoś sobie z nimi radzi.

 (Walki i muzyka w 'Dragon Ball Evolution' są gorsze niż te przedstawione w klipie powyżej)

'Power Rangers' i 'Dragon Ball Evolution' dzielą jeszcze jedną wspólną cechę: poziom gry aktorskiej. Złość oznacza jedynie siągnięcie brwi a zakłopotanie i zdziwienie obracanie głowy we wszystkie strony. Oczywiście, nie wszyscy aktorzy prezntują ten sam poziom. Zdecydowanie gorzej wypada męska część obsady - Goku, Yamcha i Roshi.  

Film nie ma NIC wspólnego z oryginalną mangą i anime 'Dragon Ball', w przypływie dobroci można powiedzieć, że jest on komiksem INSPIROWANY, ale nawet to stwierdzenie będzie dalekie od prawdy. Oryginalna animacja posiadała klimat, ciekawych bohaterów i rozbudowany świat. O filmie trudno powiedzieć żeby miał fabułę.

środa, 15 kwietnia 2009
Ślubna Brzoskwinia jest bardzo niezadowolona - czyli krótko o

Momoko (z jap. brzoskwinia) Hanasaki jest zwykłą uczennicą gimnazjum, ma dwie przyjaciółki, chłopca do którego wzdycha na przerwach i ładny dom na przedmieściu. Żyje spokojnie, acz mało ambitnie. Wszystko to zmienia się gdy atakuje ją dziwnie ubrany demon, a z nieba zstępuje blond anioł, który każe jej nałożyć ślubną kieckę i walczyć ze złem. Momoko oczywiście wykonuje polecenie by ochronić siebie i przyjaciółki i tak rodzi sie kolejna wojowniczka w mundurku, czyli 'Wedding Peach' ('Ślubna Brzoskwinia' - to również tytuł serialu). Po przemianie 'Peach' obiecuje wymierzyć demonowi sprawiedliwość, wymienia jego grzechy i wypowiada kluczowe słowa: 'Ślubna Brzoskwinia jest bardzo niezadowolona!'. Demon zostanie pokonany za kilkanaście odcinków, ale Momoko niezadowolona będzie jeszcze długo.

 

 

 

Dlaczego? Być może dlatego, że włosy odstają jej na pół metra od głowy, chłopiec (piłkarz), którego obserwuje na treningach nie posiada osobowości, rzekome przyjaciółki kłócą się o byle drobiazg, a ona sama jest na tyle głupia, ze dziwi się czemu jest tyle kwiatów w kwiaciarni. Ponad to jedynym marzeniem bohaterki jest ślub - na widok białej sukni dziewczyna rumieni się i od razu wyobraża sobie ceremonie z wyimaginowanym partnerem. Jak taka postać może walczyć ze złem i na dodatek z nim wygrać? Oto potęga specyficznego, popularnego w Japonii gatunku ‘Magical Girl’, który w Polsce znany jest głównie dzięki 'Czarodziejce z Księżyca'. Niestety, ze wszystkich znanych mi MG (a mam do takich historii słabość) 'Wedding Peach' jest najgorsza.

Oczywiście- przygłupia główna bohaterka to mus (Usagi Tsukino z 'Czarodziejki' też nie była najmądrzejsza). Koleżanki które po przemianie nałożą mundurek innego koloru również są nieodzowne, tak samo jak nieosiągalny bishonen (z jap. 'śliczny chłopak') jako początkowy obiekt miłosny. Prócz tych trzech niezbędnych czynników istnieje również parę innych, których Wedding Peach nie posiada, i przez to zawodzi widza okrutnie. Są nimi dobry design i muzyka, oraz przyzwoita choreografia przemian i walk (tak, walk). Ponieważ w każdym odcinku występuje inny potwór, ważne jest aby wyglądały one ciekawie ('Czarodziejka' prezentowała gamę śmiesznych i interesujących dziwadeł), a ich przełożeni, którzy pokazują się od czasu do czasu, również powinni mieć dobrze zaprojektowane stroje. Serii bardzo brakuje pomysłów na złych bohaterów, nie dość że wizualnie prezentują się nieciekawie to jeszcze ich osobowości pozostawiają wiele do życzenia. Jeśli zaś chodzi o główne wojowniczki, to ich mundurki wyglądają nawet przyzwoicie. Problem powstaje gdy następuje przemiana w 'pannę młodą'. Suknie są nieoryginalne, a sam motyw ślubu powtarzany CAŁY CZAS, robi się bardzo irytujący po kilkunastu odcinkach.

Wedding Peach jest w gruncie rzeczy bardzo przykrą i upokarzającą serią, bez względu na to dla jakiej grupy wiekowej jest przeznaczona. Trzy bohaterki marzące tylko o ślubie i interesujące się jedynie chłopcami dołują, zwłaszcza jeśli nie grzeszą inteligencją. Najgorszy jest zaś fakt, że nawet z misją ratowania świata panienki sobie nie radzą i potrzebują pomocy wspomnianego anioła i dwóch innych panów. 

 

środa, 01 kwietnia 2009
Garbage Day!